Świadectwo

Paszyn_WawaCzterdzieści lat minęło jak pół dnia i zmierza ku wielkiej, obfitej uczcie Pana, ku wieczerzy i blasku chwały Zmartwychwstania.

Życie zaczyna się po czterdziestce… Dlatego chciałbym podzielić się z Wami ponownie świadectwem mojego powołania ku prawdzie do Miłości!

Bo wielu z Was nie żyje swoim życiem tzn. nie dostrzega belki (winy, ułomności, grzechu) w swoim oku, ale żyje sensacjami, życiem innych ludzi, szybko dostrzegając nawet najmniejszą drzazgę (jakikolwiek błąd czy potknięcie). Czyż sprawia Wam to radość i prowadzi Was ku dobru?  Nie tędy droga!

Jak już kiedyś pisałem, urodziłem się dokładnie 40 lat temu, 10 kwietnia 1976 roku, przyszedłem jako wielka niespodzianka moich rodziców: mamie (44l.) i tacie (46l.)  Ich wierna i ofiarna miłość ku sobie i ku Bogu od najmłodszych lat uczyła mnie kochać. Cierpienie ojca (spowodowane wypadkiem przed moim urodzeniem) uczyło mnie cierpliwości i pokory, a całe moje myśli biegły ku Bogu, który mnie pociągał swoim Słowem w Piśmie Świętym. Jako kilkuletni chłopak, zaczytany Biblią pragnąłem, by poznać Tego, który cały czas chowa się przede mną. Od najmłodszych lat służyłem jako ministrant w swojej franciszkańskiej parafii, w której poznawałem charyzmaty św. Franciszka z Asyżu, zakon i jego braci. Na wakacjach w okresie szkoły podstawowej jeździłem co roku z moją mamą w jej rodzinne strony, w okolice Starego Sącza. Tam w przepięknej i malowniczej scenerii nad Dunajcem poznawałem pośród przyrody Tego, który mnie coraz bardziej urzekał, którego odkrywałem w lekturze Pisma Świętego i Eucharystii. Przychodził do mnie i uczył mnie, objaśniał mi to, co nie rozumiałem, ukazywał swoją miłość do mnie. To pierwszy Bóg ukochał mnie zanim ja przyszedłem na świat. To On dał mi łaskę wiary, a dzięki Duchowi Świętemu mogłem dzielić się Jego Słowem pośród innych. Z radością brałem Biblię i chodziłem po różnych sąsiadach, gdzie  dzieliłem się tym poznanym Słowem Bożym, tą Wielką Miłością, która nie jest poznana i nie jest kochana przez wielu ludzi. A oni o dziesiątki lat starsi ode mnie, setki razy bogatsi w doświadczenia o dziwo z zaciekawieniem słuchali mnie jako jedynasto, dwunasto czy trzynastoletniego  chłopca. Zawsze mnie uprzejmie przyjmowali i gościli.

Pewnego pięknego, pogodnego, letniego dnia przyszedł do mnie Ten, którego szukałem, który mnie urzekł i zauroczył, a którego chciałem najbardziej poznać.  Przyszedł i obdarzył mnie swoimi darami.  Moje żarliwe, młode, gwałtowne i czyste serce pragnęło tylko jednego – Miłości.

 Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,
a miłości bym nie miał,  stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący.
Gdybym też miał dar prorokowania i znał wszystkie tajemnice,
i posiadał wszelką wiedzę, i wszelką  wiarę, tak iżbym góry przenosił.
a miłości bym nie miał, byłbym niczym.
I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją,
a ciało wystawił na spalenie  lecz miłości bym nie miał,
nic bym nie zyskał.
Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest.
Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą;
nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego,
nie unosi się gniewem, nie pamięta złego;
nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą.
Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma.
Miłość nigdy nie ustaje, nie jest jak proroctwa, które się skończą,
albo jak dar języków, który zniknie, lub jak wiedza, której zabraknie.
Po części bowiem tylko poznajemy, po części prorokujemy.
Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe,
zniknie to, co jest tylko częściowe.
Gdy byłem dzieckiem,
mówiłem jak dziecko, czułem jak dziecko,
myślałem jak dziecko.
Kiedy zaś stałem się mężem,
wyzbyłem się tego, co dziecięce.
Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno;
wtedy zaś zobaczymy twarzą w twarz:
Teraz poznaję po części,
wtedy zaś poznam tak, jak i zostałem poznany
Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy:
z nich zaś największa jest miłość. /1Kor 13/

Jednak im starszy byłem to coraz bardziej przychodziła pokusa wstydu czy zniechęcenia. A Bóg dalej uczył mnie swoim Słowem.

Jeśli masz zamiar służyć Panu, przygotuj swą duszę na doświadczenie /Syr 2,1/

Nie wiedziałem wtedy jako mały chłopiec, o jakie doświadczenie chodzi. Ale byłem gotowy na wszystko, byle tylko i tylko On mnie prowadził, zaufałem całkowicie tej Miłości, która coraz bardziej odsłaniała mi dobro i zło, ukazywała mi różnorakie pokusy, którymi pomysłodawcami był sam szatan. Wiedziałem, że nie ma nic poza pełnym dobrem, Bogiem w Jezusie Chrystusie i pełnym jego brakiem, złem pochodzącym do Złego ducha, nieprzyjaciela natury i całego stworzenia. To doświadczenie mojej słabości, nauczyło mnie pokory i mocniej skierowało mój wzrok ku Chrystusowi Zmartwychwstałemu, by jeszcze więcej spotęgować chwałę Boga i miłość do Niego. Jak zacząłem dojrzewać zaczęły ukazywać się pokusy cielesne oraz odkrywałem pośród ludzi podstęp i obłudę. Jednak dalej pragnąłem iść śladami Jezusa. Wtedy odkryłem, że najbardziej bliskim Ewangelii jest Zakon Franciszkański. Charyzmaty Franciszka z Asyżu w oparciu o braterstwo, czystość, posłuszeństwo i ubóstwo były wtedy wg mnie jedyną drogą, na której mogłem choć w części odwzajemnić miłość Boga przez Jezusa do mnie. Po skończeniu katolickiego, franciszkańskiego liceum, po wakacjach które spędziłem u mojego brata i moich sióstr w Kanadzie, w czystości swego serca i ciała wstąpiłem do Zakonu Braci Mniejszych Konwentualnych w Krakowie. Wtedy zacząłem dokładnie i dobitnie rozumieć o jakie chodziło przygotowanie mej duszy na doświadczenie. Gdy pojawiła się pierwsza dwójka w moim wieku, charyzmaty zakonne straciły swój wydźwięk, element grzeszności człowieka przeważał niż jakieś ideały i pragnienia. Coraz więcej mnie odpychało niż przyciągało do sposobu życia zakonnego. Słowa a życie rozmijało się. A Chrystus był cały czas ze mną i ukazywał mi życie swoje i innych, pełne grzechu niewierności wobec rad ewangelicznych (czystości, posłuszeństwa i ubóstwa).

Moja otwartość, szczerość i radość życia nie spotkały się z przychylnością wielu współbraci, ale kobiet, które On stawiał mi na mojej drodze. A ja całe swoje życie chciałem poświęcić Jemu i nauce o Nim, o naszej wspólnej miłości i wędrówce. Pragnąłem jak w chłopięcych latach przybliżać ludziom Jego postać, Jego nieskończoną miłość do nas. Chodziłem często na różne otwarte wykłady na Uniwersytecie Jagielońskim czy bardzo często i cyklicznie do Biblioteki Jagiellońskiej. I tam poznałem pierwszą dziewczynę, studentkę UJ – Katarzynę, która z czasem stała się częścią mojej miłości. Byłem rozdarty i bezradny. Cała moja pewność siebie z lat poprzednich legła w gruzach. Mój intelekt, całe rozumowanie nabrało innej jakości. Cóż ja przeżywałem przez wiele miesięcy, Bóg jedynie wie. Ileż nocy w łóżku a ile w kaplicy. Dwa światy. Ileż modlitw i wołań „Panie moje ciało płonie a moja świeca dymi!”.  Zadawałem wiele pytań innym współbraciom w Zakonie, chodziłem do przełożonego, ojca duchownego, rektora i innych o pomoc. Na moje pytania, wątpliwości, jak radzą sobie z seksualnością, ze ślubem czystości, nikt nie umiał mi wytłumaczyć, dać świadectwo pełne prawdy i miłości, najczęściej słyszałem „każdy sobie jakoś z tym radzi”.  A ja sobie nie radzę, jestem całkowicie bezradny, bo coraz więcej kobiet wokół mnie: studentki, siostry zakonne. Dlaczego? A ja nie chciałem żyć w kłamstwie, w grzechu, nie chciałem być hipokrytą. Wszystko robiłem, żeby zaprzestać. Zrywania, zaprzestanie spotkań, co tygodniowa spowiedź, cykliczna i częsta wizyta u różnych ojców duchowych w klasztorze Kamedułów czy innych nie pomagało.

Bóg ukazywał mi moje braki, a szatan szydził ze mnie. Czyż tak miała wyglądać moja miłość do Niego? Moje wyobrażenia z młodości stały się niepojęte. Wyrzucałem sobie, że mogłem prosić Boga nie o dar miłości, ale o dar życia w czystości, posłuszeństwie i ubóstwie. Wtedy przyszedł do mnie i powiedział „pragnę Cię, takim jakim jesteś”.  Cała moja wiedza, moja mądrość stała się moją głupotą. Zostałem całkowicie ogołocony. Kolejne słowa „żyj moją wolą” kilka tygodni później urzeczywistniły się, kiedy śluby tymczasowe wygasły a Zakon przeniósł mnie na świeckie studia teologiczne. Ileż się wtedy z Nim wykłóciłem, zacząłem walczyć, wyć jak niemowlę o mleko. Zacząłem podważać wszystko, całe jego Słowo całym swym intelektem.  A On jeszcze bardziej był ze mną. Mówił mi „kocham Cię” i okazywał mi swą niespodziewaną miłość. Gdy podważyłem w swych wielu tezach ewolucjonizm i judeochrześcijaństwo, pozostała tylko Jego miłość. A ja tylko tego pragnąłem. Pragnąłem kochać szczerze całym sobą i być jeszcze mocniej kochanym. Po kilku latach przebywania w Krakowie i częstych wyjazdach po Europie i Ameryce Północnej. Wróciłem do Legnicy, do moich rodziców, do cierpiącego kochającego ojca, zerwawszy ze wszystkim, z Zakonem, ze wszystkimi kobietami, z całym swym doświadczeniem, by przeżyć kolejne doświadczenie. Ileż to nasłuchałem się nieprawdziwych i fałszywych zdań o mnie od ludzi, którzy chodzą do kościoła, od rodziny, która upatrzyła sobie we mnie baranka ofiarnego. To nie była ich miłość tylko egoizm. Nie umieli zrozumieć, że życie pełne miłości, pokoju i dobra jest tylko wtedy, kiedy człowiek pełni wolę samego Boga, samej Wielkiej Miłości.

Bóg nauczył mnie kochać każdego człowieka, nawet tego, który okazuje swą zazdrość, swą zawiść względem mnie. Nauczył mnie kochać każdego człowieka.

Dzięki Niemu niespodziewanie poznałem we „wrocławskiej szufladzie” kobietę mojego życia – Agnieszkę. Po pierwszym spotkaniu wróciwszy do hotelu prosiłem Go w modlitwie. Po roku w Boże Narodzenie, została moją żoną, to dzięki Niemu i dzięki niej mam cztery wspaniałe i niepowtarzalne córki, piękne stworzenia na Jego obraz i podobieństwo. Kobiety, które mnie otaczają swoją pięknością i miłością. Cóż mi pozostało, tylko je szalenie kochać i kochać.

Dziękuję Ci Panie, za moje kobiety, Ty mnie uraczyłeś największym szczęściem i pięknością. Nic nie ma piękniejszego niż ostateczny Twój wytwór całego stworzenia jakim jest kobieta. Ty mnie nauczyłeś, że kobieta jest o wiele godniejsza Twej miłości niż ja, że kobieta w niczym nie jest gorsza ode mnie, lecz upiększa i współtworzy życie.

Każdy z nas ma tylko jedno swoje życie, dzięki miłości przyszliśmy na świat, czynić go coraz piękniejszym i doskonalszym. Tę bezinteresowną miłość na początku daje nam sam Bóg (światłość przechadzająca się po pięknym i wspaniałym ogrodzie z drzewem życia i drzewem poznania dobra i zła – Eden). Daje nam tę miłość w naczyniu glinianym. Człowiek musi tę miłość pielęgnować, dbać o nią i nie może dopuścić do sytuacji, kiedy owe naczynie gliniane upadnie i rozleci się na drobne kawałki.  Bo miłość jest jak szklanka czy jak naczynie gliniane, która jak upadnie, rozpryśnie się na kawałki i nigdy sam nic nie zrobisz, aby uczynić ją taką samą.

Nie wierzysz w Boga, pełnię nieskończonej miłości?  To zróbmy eksperyment.

To weź szklankę  i upuść ją!   Zrobiłeś już to?!   Rozbiła się?  A teraz ją przeproś i zobacz czy się pozbiera?

Jeżeli kogoś kochasz, jesteś mu zwyczajnie wierny i to nie jest jakiś heroizm. Czy chciałabyś być żoną człowieka, który Ciebie zdradza fizycznie i duchowo jest z inną kobietą?

Skoro poznałem i doświadczyłem Jezusa Chrystusa w swoim życiu, w swojej młodości, jakże miałbym Go zdradzić, nie żyjąc Jego wolą?  Jakże miałbym ślubować jako zakonnik ślub czystości, posłuszeństwa i ubóstwa a nie żyć tą Miłością? Czyż kobieta stoi na przeszkodzie pomiędzy mną a Nim? A skądże!!! To dzięki kobiecie świat staje się piękniejszy, to dzięki niej nieustannie odkrywam bogactwo życia i doświadczenia miłości. To kobieta uzupełnia moje braki i czyni mnie pełnym dziedzicem miłości Boga w Jezusie Chrystusie. To kobietom najpierw ukazał się Zmartwychwstały, bo one były zawsze z Chrystusem, były wierne i stały pod Krzyżem Chrystusa! To Maria Magdalena, która jako pierwsza z ludzi doświadczyła przejścia ze śmierci, niewoli grzechu do życia, stała się wierną służebnicą Pana, Apostołem Miłości. To ona  jako pierwsza przeżyła najobficiej i najowocniej pełnię Paschy. Ona była z Chrystusem na Ostatniej Wieczerzy, ona była i stała pod Krzyżem, ona pierwsza pobiegła do grobu, ona jako pierwsza ujrzała blask chwały Pana Zmartwychwstałego! I jeszcze śmiesz wątpić i umniejszać rolę kobiety?! A może tylko patrzysz na kobietę przez swój egocentryzm, przez swoją pychę, która służy do zaspokojenia swoich doczesnych potrzeb wyuzdanych przez grzech? Nie żyj swoją wolą, nie popełniaj błędów przeszłości, ale całkowicie zaufaj Chrystusowi pełniąc Jego wolę.

Jeżeli umrzesz zanim umrzesz, to nie umrzesz kiedy umrzesz! Będziesz zmartwychwstały wiecznie! To jest chrześcijaństwo.

To zadanie dla każdego człowieka, który chce przeżyć pełnię Paschy. To czas umierania dla świata, dla swojego ego a życia tylko w Chrystusie. Czas gęstnieje i przyśpiesza. Jeżeli Polacy nie ogłoszą Królem Polski Jezusa Chrystusa a ludzie nie przyjmą Go do swojego serca i umysłu, nie zaczną żyć Jego wolą – zginą wiecznie!

/Wszystko, co piszę na swojej stronie paszyn.pl pochodzi z natchnienia od Tego, który mnie powołał i pierwszy mnie ukochał, bym był najszczęśliwszy żyjąc Jego wolą pośród moich kobiet. Nie służy to mojej chwale i wyróżnieniu mojej osoby, ale służeniu Wam i prowadzeniu Was ku Niemu. Większość artykułów piszę w nocy, w wolnej chwili, piszę niedoskonale, nieraz popełniam błędy, ale to wszystko piszę od serca, z miłości do Was, byście zakochali się w samym Jezusie Chrystusie, żyli prawdą i miłością, a wtedy cały świat zyska, nauka i wiedza stanie się łatwiejsza a życie prostsze i piękniejsze. Wtedy umysł zacznie rozumować rzeczy, które były przez wiele lat niepojęte./

Ojcze nasz,
któryś jest w niebie:
1) święć się imię Twoje,
2) przyjdź Królestwo Twoje,
3) bądź wola Twoja jako w niebie,
tak i na ziemi.
4) Chleba naszego powszedniego
daj nam dzisiaj.
5) I odpuść nam nasze winy,
jako i my odpuszczamy naszym winowajcom.
6) I nie wódź nas na pokuszenie,
ale nas zbaw ode złego.

Amen.

zob. wcześniejsze:  http://paszyn.pl/swiadectwo-wolnosci/

Moje świadectwo ku wolności

Urodziłem się 10 kwietnia 1976 roku w godzinach przedpołudniowych w kochającej się rodzinie. Moje pierwsze przebłyski, obrazy w pamięci są z czasów, kiedy miałem trzy, cztery lata. Wtedy to doznałem w swojej świadomości miłość moich rodziców. Ich oddanie sobie i żywa wiara, codzienna modlitwa była moją pierwszą szkołą. Urodziłem się w rodzinie, której towarzyszyło cierpienie, z powodu wcześniejszego wypadku mojego ojca. Jego pracowitość i ofiarność stały się dla mnie wzorem do naśladowania. Kiedy on w nocy z bólu krzyczał, ja w sąsiednim pokoju płacząc kłóciłem się z Bogiem. Nie rozumiałem tego, a On wraz z biegiem moich lat, odkrywał przede mną Swoje otręby Miłości. Moje pragnienie poznania Go i doświadczenia towarzyszyły od lat mojego dzieciństwa. Jako kilkuletni chłopak służyłem Mu podczas codziennej Mszy św. Z czasem zacząłem poznawać zło: kłamstwo, które początkowo było dla mnie niezrozumiałe.

Byłem bardzo żywym dzieckiem i często nieznośnym. Moja mama, starsza ode mnie o 44 lata miała za swoje, kiedy dorastałem. Nieraz sprawiałem jej przykrość. W wieku mojego dorastania, buntu zacząłem łamać wszelkie schematy. A On cały czas był przy mnie. Po szkole podstawowej zdałem egzaminy do szkoły średniej – liceum, szkoły prowadzonej przez Franciszkanów. Wtedy będąc na wycieczce we Włoszech, w Asyżu podczas modlitwy przed grobem św. Franciszka, doświadczyłem Jego głos – powołania do bycia narzędziem w Jego ręku. Jak zdałem maturę z wyróżnieniem, mogłem pójść na każde studia. Matematyka, fizyka i inne nauki wydawały mi się proste. Złożyłem podanie do Zakonu Braci Mniejszych Konwentualnych (tzw. OO.Franciszkanów) w Krakowie. Pojechałem tam do Prowicjałatu i otrzymałem zgodę. Byłem najradośniejszym człowiekiem na świecie, tak jakbym dostał się na Harvald. Poprosiłem Wikariusza Generalnego Zakonu, że jadę na wakacje do Kanady, mam trzymiesięczny bilet i czy mogę przyjechać dwa tygodnie później do Nowicjatu. Wyraził zgodę i dał mi swoje błogosławieństwo.

Po wakacjach, naładowany energią i radością, przybyłem do Nowicjatu do Kalwarii Pacławskiej, koło Przemyśla. Moje pierwsze minuty w Zakonie stały się moim pierwszym koszmarem. Przełożony zbeształ mnie, jakim prawem mogę spóźniać się do Zakonu. Żadne tłumaczenia nie pomogły. Odprawiłem sam sobie rekolekcje, a płacząc chciałem stąd uciekać jak najdalej. Ale na modlitwie poczułem Jego głos, „zostań pokaże ci więcej”. Zgłupiałem, czy ja miałem być jakimś królikiem doświadczalnym, dlaczego ja?! Krzyczałem do Niego, „Panie przecież wstąpiłem do Twojego Zakonu, oddałem się cały, całe moje serce i całą moją czystość, moją nienaruszoną seksualność. Cóż Ci mogę jeszcze dać z siebie, jak już nic nie mam.” Czułem się, jakby ktoś ciągle oblewał mnie zimną wodą z lodem, chciał zgasić moje oddane Mu serce. Tegoroczny ice bucket challenge, porównując do tamtych dni to sauna radości. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego niektórzy współbracia byli tak dwulicowi, że przed przełożonym stawali się jego pupilkami, a w pracach na gospodarstwie, klęli, aby przetrwać ten jedyny rok.  Moja prostota nie była niektórym na rękę. Jedynym pozytywnym świadectwem z tego roku, było kiedy jeden z kapłanów wyjeżdżając na wakacje, br. Łukasz Ryś uklęknął przed swoim przełożonym – gwardianem i poprosił o błogosławieństwo. W klasztornej rekreacji było nas trzech: ja, gwardian i on. Gwardian na początku zmieszał się, nie wiedział co robić, ale pobłogosławił. A jak pobłogosławiony wyszedł z rekreacji, ja krzyknąłem do niego, „ja też Cię błogosławię i udanych wakacji”. Pod koniec nowicjatu złożyłem roczne śluby zakonne: czystość, posłuszeństwo i ubóstwo. Chyba wbrew woli niektórych współbraci, którzy koniecznie chcieli, aby mnie wyrzucono. I tak minął mój pierwszy rok w Zakonie. Przyjechałem do Krakowa, do seminarium.

Zacząłem chłonąć naukę. Bo chciałem poznać Jego jeszcze lepiej. Dwa lata filozofii i wiele innych wykładów, ćwiczeń, stawały się przedsmakiem tego, co mnie później spotkało. Szukanie prawdy, pragnienie poznania doświadczałem na modlitwie i codziennej kontemplacji. Niestety nie byłem tu także przez niektórych zrozumiały. A ich obłuda i kłamstwo kłóciło się z Jego Ewangelią. Zacząłem poznawać więcej, setki godzin spędziłem w Bibliotece Jagiellońskiej, która stała się moim drugim domem. Nawet miałem swój tam mały kącik, mimo że nie byłem doktorantem, miałem swoje miejsce. Tam właśnie poznałem pierwszą kobietę, którą pokochałem. Była studentką pierwszego roku filologii polskiej. Katarzyna, jej było na imię. Pomogłem jej zamówić książki przy komputerze i tak się rozpoczęło. Nasze przyszłe spotkania i rozmowy ubogacały mnie w inne piękno. Będąc na trzecim roku studiów teologicznych w seminarium, kłóciły się we mnie  te dwa fakty. Chodziłem wszędzie, do mojego rektora, wychowawcy, ojca duchowego, aby mi pomogli. Kilka razy w tygodniu spowiadałem się, prosząc Boga o dar zmiany. Nie chciałem mojego Boga, zdradzić i ani Go oszukać. I to dzięki Niemu i jej dalej zachowywałem swoją czystość w sferze seksualnej, ale niestety nie w duchowej. Bracia mi nie pomogli, szukałem odpowiedzi w Klasztorze Kamedułów na Bielanach. Ale nikt z nich nie mógł mi odpowiedzieć logicznie na zadawane moje pytania i wątpliwości. Czy ja byłem jakimś innym? Czy tylko jak odczuwam pragnienie bycia kochanym? Bo tej miłości w życiu braterskim nie doświadczyłem. Nie chciałem ją ani siebie ranić i podjęliśmy decyzję, aby więcej nie spotykać się. Przełożeni w Zakonie, powiedzieli mi, że nie mam powołania do bycia kapłanem i zakonnikiem. A ja na nocnych modlitwach płakałem do Niego, dlaczego On mnie oszukał, skoro mnie powołał, jak On sam mi to mówił. Skoro mówili mi, że nie mam powołania, a wmawiali mi, że ich wola jest Twoją, czy to wszystko ma jakiś sens? Rektor napisał list do Kardynała, aby mnie przyjęli na studia świeckie teologiczne w Papieskiej Akademii Teologicznej. Bo nie przyjmowali tam ex-kleryków. Zostałem przyjęty na PAT, abym mógł dalej studiować, już poza Zakonem.

A ja dalej nie rozumiałem i jeszcze bardziej zanurzyłem się w szukaniu Jego, ale także w oparciu o naukę. Moją kochanicą były książki, a kochanką wiedza, którą mi On objawiał. I znów na mojej drodze weszła ta sama kobieta, która dalej ukazywała mi Jego piękno. Zacząłem poznawać inne religie, filozofie. Interesowałem się wieloma tematami, dlaczego tak wielu ludzi wchodzi w magię, w horoskopy, różdżkarstwo, homeopatię i inne demoniczne i niezrozumiałe czynności. Spotykałem się z wieloma ludźmi, którzy to praktykowali. I tak zacząłem pisać w między czasie moją pracę magisterską „Astrologia w New Age”, bo główne moje dzieło liczące setki  stron dotyczyło czegoś innego. Zacząłem podważać systemy religijne poprzez dedukcję, prawa logiki i nauki interdyscyplinarne. Gdyby nie to, że w pokładach mej pamięci była pierwsza miłość rodziców, gdyby nie On, który prowadził mnie od maleńkiego, stałbym się największym w historii antyteistą. Wasze dzieci i wnukowie uczyliby się tez Paszyna, które niszczyłyby piękno stworzenia.  Darwin i jemu podobni, mogli być wtedy moimi przeciętnymi uczniami. A ewolucjonizm w mig obaliłem i zastąpiłem je swoimi tezami. Bo dziś ewolucjonizm nie wytrzymuje próby czasu i nauki współczesnej, i jest jego kpiną, to tak jakbym uczył swoje dzieci, że ziemia jest płaska, prostokątna i oparta na czterech krokodylach.  W swoim epilogu Stwórcę rzeczy widzialnych i niewidzialnych nazwałem Kreatorem Piękna. A ludzi skategoryzowałem w dwóch zbiorach. W jednym umieściłem Homo Sapiens Sapientis – ludzi mądrych, poszukujących sensu życia, otwartych na wiedzę i wiarę. A w drugim Homo Sapiens Stultus – ludzi głupich, próżnych, nie szukających sensu życia, zamkniętych na wiedzę i wiarę, fanatyków, będących karykaturą stworzenia, odmieńców. Granicą pomiędzy tymi zbiorami ustawiłem imperatyw kategoryczny, mówiąc potocznie – ludzką przyzwoitość. Na końcu dałem wszystkim nadzieję, że Chrystusowe zbawienie ludzkości raz dokonane i nieustannie się dokonywujące ma wymiar kosmiczny, czyli przerastające różne formy jego zrozumienia. Ale jak już napisałem to swoje dzieło, płakałem przez całą noc. Panie, któż to zrozumie. Nie chcę ludziom zabierać komfortu wiary i wielu złudzeń. Żeby było jasne, ja negowałem systemy religijne, nie Ewangelię.W konsekwencji mojego buntu, zniszczyłem wszystko, co napisałem. Prosiłem Go, Panie odbierz mi rozum, odbierz mi pamięć. Nie prześladuj mnie! Przestałem czytać i studiować książki. Niestety jak widać, po części, po tylu latach, nie da się tak łatwo zresetować człowieka. Mimo, że moja praca magisterska z astrologii została wyróżniona i doceniona, tak iż mogłem w szybkim tempie robić doktorat, nie dawało mi to żadnej satysfakcji. Na Akademii zapytałem, ale jak zrobię doktorat to będę mógł wykładać, bo wtedy jest jakiś sens. Niestety odpowiedzieli mi. Nie. Żeby wykładać na uczelni PAT, trzeba było być wtedy księdzem i to z dużymi plecami albo z dużą powierzchnią garba. Poszedłem studiować informatykę, bo to była najbliższa nauka teologii i najmniej zakłamana.

Jak wróciłem do Legnicy, zaraz po wyjściu z Zakonu, przeszedłem kolejne piekło. Ile osób z parafii odwróciło się ode mnie, zaczęli szemrać i plotkować na mój temat, tworzyć kłamstwa, że zostałem wyrzucony z Zakonu, bo dziecko zrobiłem itd itp. Jakby oni znali prawdę, to chyba by im serce pękło, ale z nienawiści do mnie? Cóż im zrobiłem?  Zanim zacząłem pracę w rodzinnym mieście, w Legnicy, jako nauczyciel religii i informatyki, poleciałem do Kanady i do USA, aby m.in. spotkać się i pożegnać z Katarzyną, dziękując za wszystko i przepraszając ją, że wolą Jego nie jest wspólne bycie. Ostatnie nasze spotkanie odbyło się  nad Niagarą po amerykańskiej stronie. Chciałem zakończyć pewien etap w życiu, by stać się wolnym i poszukującym dalej Jego woli.

I tak dzięki modlitwie i Jego woli znalazłem swoją drugą połowę mego człowieczeństwa – Agnieszkę – obecną moją żonę. I mija 10 lat wspólnej wędrówki ku Niemu!

Teraz mamy czworo dzieci, jesteśmy najszczęśliwszą i wolną Jego miłością rodziną. A wszystko co robimy, nawet najdrobniejszą rzecz robimy to na chwałę Pana. I mimo to jesteśmy największymi grzesznikami, bo akt miłości Boga wykracza poza wszelki opis i jego systematyzację.

Piszę to, abyście zaufali Jemu, nie mi! A jak mi nie dajecie wiary, to przypatrzcie się owocom mojej miłości w mojej rodzinie. Jeżeli tego nie zrozumiecie, to Wasze miejsce jest w tym drugim zbiorze.

Dziś obchodzimy Święto Niepodległości. Ale czy jesteśmy naprawdę wolni? Pomijając duchowy aspekt wolności, to zdajecie sobie sprawę, że tak słabej i tak biednej Polski nigdy nie było w jej historii. Kto za nią będzie walczył? Czym? Tylko nie mówcie mi o zaborach i 123 latach niewoli, tam ludzie mieli idee, twardy kręgosłup moralny, zdolni do poświęceń, a dziś …. .

[z ostatniego tygodnia]

Kilka dni temu jak wracałem z kościoła, z Mszy św. podszedłem do kilku kobiet, które stały na chodniku a znają mnie z widzenia z kościoła. Dając im swoją wizytówkę, grzecznie zapytałem. Zagłosujecie na mnie. Jedna odpowiedziała – nie. A dlaczego  – dopytałem. Bo Pan jest od Gowina. A Gowin, pański szef niczym się jeszcze nie wykazał. Na to odpowiedziałem. Ale moment, zjednoczyła się prawica i jestem na listach PiSu. A to nic nie szkodzi – odpowiedziała. To co mam zrobić, żeby Pani na mnie zagłosowała? Skakać, śpiewać, robić z siebie większego głupa. Kobieta odpowiedziała. Ja głosuję tylko na PiS, a Pan nie jest w PiSie. No to wkurzyłem się i jej trochę nagadałem. Nie jestem w PiSie bo to jest partia socjalistyczna, socjalna i jaki tu by nie użyć synonim znaczy to samo.  A to (socjalizm) jest sprzeczny z Biblią, z Ewangelią – nauką Chrystusa. Państwo nie ma prawa mi zabrać złotówkę, aby tę złotówkę dać drugiej osobie. Bo po pierwsze nigdy ta moja złotówka nie zostanie w pełni dana. Po drodze zjedzą ją podatki, koszty urzędników itd. W konsekwencji tego niby obdarowany (końcowy beneficjent)  otrzyma około 1/2 mojej złotówki.  Po drugie państwo nie wie gdzie i kiedy dać tę moją okradzioną złotówkę. Po trzecie, każde dłuższe wsparcie socjalne robi z człowieka nieroba. A każdy z nas jest stworzony do pracy – homo laborens. A po czwarte to wolny akt mojego serca podpowie mi, komu i ile dać tych złotówek. I ja w tym nie potrzebuję żadnych pośredników i tak pomagam innym i a jeszcze inni nie muszą o tym wiedzieć. Tego uczy mnie Chrystus. Mam nadzieję, że spojrzenie się nieco zmieni, bo pomagać trzeba, a szczególnie dzieciom, które powinny skupiać się na nauce a nie na szukaniu chleba.

I tak trwała dyskusja bez sensu, co Gowin, co Kaczyński. Ale pod koniec znowu nie wytrzymałem, jak zaczęła mi mówić, że PiS jest najlepszy, że zamach, biedny Lechu itd. Zapytałem ją jedną rzecz. Czy wie Pani, kto podpisał Traktat Lizboński, a przez to dokonał jeden z największych zdrad w historii Narodu Polskiego? Czy zdaje sobie Pani jakie będą w najbliższej przyszłości tego konsekwencję. Kto podpisał Gowin czy Kaczyński? Jedynym krokiem do zatrzymania tej zdrady, jest wygranie wyborów w następnym roku i zmiana Konstytucji. Ja sobie w życiu poradzę, wielu też, ale jeszcze wielu nie i to będzie holokaust na Narodzie Polskim! Nie wiem czy ta pani mnie zrozumiała, nie musi wcale na mnie głosować, ale to ona poniesie konsekwencje, oczywiście jak dożyje.

Na drugi dzień przyjechała znajoma z Wrocławia. Chce na mnie głosować. Ale hola hola, ja kandyduję na Radnego Legnicy nie do Europarlamentu jak w maju. Tak więc nie zagłosujesz, ale dzięki za wsparcie. Zaczęła mówić o nadziei i zapytała się, czy znam Franciszka Pałkę. Odpowiedziałem jej. Jakiś rzeźbiarz, obok mnie jest skwerek z jego nazwiskiem i zzieleniałym św. Franciszkiem. Pokazała mi zdjęcia na swoim telefonie komórkowym, mówiła, że są jakieś prorocze. A ja jej mówię, nie bądźmy naiwni. Chrystusa, jako Syna Bożego nie słuchali i nadal nie słuchają, to Paszyna grzesznika posłuchają? Zresztą teraz jestem tylko informatykiem. Jednym z wielu.

WP_20140930_008 WP_20140930_009